Rodziłam na oddziale Covidowym! - Wroinfo.pl

Rodziłam na oddziale Covidowym!

Wiele kobiet zastanawia się jak wygląda poród w dobie pandemii. Często szukają informacji na różnych grupach dyskusyjnych, aby zaczerpnąć choć odrobiny wiedzy w tym temacie i wiedzieć na co się przygotować.
pixabay.com

Dzień zaczął się jak wiele innych na końcówce ciąży. Zmęczenie, osłabienie, ból głowy, ból kręgosłupa, problemy z poruszaniem się. Nic nie wskazywało na to, co wydarzy się w ciągu najbliższych kilkunastu godzin. Do terminu porodu pozostawały jeszcze dwa tygodnie. Nie było żadnych oznak przepowiadających wcześniejszą akcję. Poszłam na planowaną wizytę do ginekologa. Była godzina 12:00. Pani doktor poradziła, żeby udać się na oddział położniczy i mimo oznak przeziębienia udać się do szpitala, w którym planowałam szczęśliwy poród rodzinny. Około 14:00 zameldowałam się w szpitalu na Brochowie przy ul. Warszawskiej. Mąż mnie odwiózł i miał mnie tylko dostarczyć do placówki i zostawić bagaże.

I tu niestety kończy się sielanka. Reszta nadaje się tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

Przy wypełnianiu ankiety zwróciłam obsłudze uwagę na objawy przeziębienia, które natychmiast zostały zaklasyfikowane jako covid i poddano mnie testowi . Gdy okazało się, że mogę mieć „to coś” wtedy pracownicy szpitala wpadli w złość i panikę. Położna robiąca mi test była bardzo niedelikatna i cały czas krzyczała na mnie, że powinnam była od razu pojechać do szpitala jednoimiennego. Na nic zdały się tłumaczenia, że moja wizyta w tej placówce została mi polecona przez lekarza prowadzącego ciążę.

Gdy wynik okazał się pozytywny system opieki zdrowotnej pokazał natychmiast swoje słabości. Nikt nie wiedział jak w tej sytuacji reagować. Wciąż pokrzykiwano na mnie przy byle okazji. Położna miała nawet pretensje, że przez miesiąc nie zobaczy się z wnukami. Lekarz dyżurny nie wiedział jak wezwać pogotowie do przetransportowania mnie na ul. Borowską. Kilkadziesiąt minut trwało poszukiwanie właściwego transportu. Kolejne kilkadziesiąt minut lekarz próbował się dodzwonić do placówki jednoimiennej. Żadna z położnych odbierających telefon nie potrafiła udzielić żadnej informacji.

Łącznie czekałam na transport 3 godziny. W tym czasie ciągle musiałam siedzieć w jednym miejscu. Nie mogłam się położyć, ani pójść do toalety. Nie udostępniono mi też wody do picia. Pod koniec położna włączyła promieniowanie, tłumacząc , że jakoby nie jest ono szkodliwe dla ludzi. Cały czas w pomieszczeniu było otwarte okno pod pretekstem wietrzenia. Było mi tak zimno, że nie dało mi się zrobić badania pulsometrem.

W końcu przyjechała karetka. To jedyna przyjemna część tej opowieści. Załoga widząc, że mam trudności z oddychaniem, pozwoliła mi nawet ściągnąć maseczkę. Niestety złośliwa położna nie pozwoliła mi wziąć bagaży do karetki, co okazało się mieć duży wpływ na dalszy ciąg historii.

W szpitalu na ul. Borowskiej przyjął nas zdziwiony lekarz, który od razu miał pretensje, że nie został poinformowany o transporcie. Gdy próbowałam wytłumaczyć sytuację powiedziano mi, że mam się nie odzywać. W tym czasie mąż przywiózł mi rzeczy do szpitala, które ze względu na sytuację pandemiczną można zostawić tylko przy portierni szpitalnej, skąd w niewiadomym czasie zostają dystrybuowane do pacjentów szpitala.

Na początek trafiłam do gabinetu ginekologa. Tu zdesperowana zażądałam udostępnienia toalety, co spotkało się z oburzeniem obsługi. Toaleta była zimna i nie było w niej środków higieny (mydła, papieru, ręczników). Przeprowadzono mi cztery takie same wywiady, na każdym etapie przyjmowania do szpitala. Zabrano mi wszystkie dokumenty, w tym kartę przebiegu ciąży.

Trafiłam na salę przyjęć, gdzie położono mnie w ubraniu, w którym przyjechałam. W dodatku łóżko było odwrócone tyłem na przód. Zostałam podłączona do KTG z nakazem leżenia nieruchomo. Poprosiłam jeszcze położną o odrobinę wody, bo było mi bardzo słabo. Po chwili dostałam…. tylko, że wrzątek. Po krótkim czasie położna przyniosła mi plik dokumentów do podpisania, kładąc je na szafce koło nóg. Po około 20 minutach zaczął dzwonić telefon , który również leżał na szafce w nogach łóżka. Po chwili przyszła położna z pretensjami, że nie odbieram telefonu od lekarza i nie wypełniłam dokumentów. Dowiedziałam się, że puls dziecka jest podwyższony (na górnej granicy norm) i natychmiast muszą zrobić cesarskie cięcie. Ponieważ do tej pory nie dotarły rzeczy z portierni, wykąpałam się dostarczonym przez obsługę żelem i wytarłam ligniną. Dano mi szpitalną koszulę, ale ponieważ nie miałam swoich rzeczy, na nogach wciąż miałam kozaki.

Mimo, że na wejściu zabrano mi dokumenty ciążowe, pani dająca znieczulenie nie wiedziała jaką dawkę podać, bo nie zna mojej wagi. Ja z resztą też. Święcie wierzyłam, że po to biorę ze sobą dokumentację, aby ktoś mógł z niej skorzystać. Znieczulić udało się dopiero za szóstym razem. Kiedy już traciłam świadomość wciąż dawano mi papiery do podpisywania. Rozmowy personelu nie nadają się nawet do przytoczenia. Przez cały czas porodu musiałam leżeć w maseczce medycznej, założonej aż pod same oczy. Gdy powiedziałam, że duszę się i trudno mi oddychać, dostałam tlen, który jeszcze bardziej utrudniał oddychanie.

20:14 urodził się mój ukochany syn. O tym co spotkało mnie dalej na oddziale i dlaczego przy naszym systemie opieki zdrowotnej covid-19 to najmniejszy problem w drugiej części.

Karolina

Piszcie do nas: redakcja@nowemedium.pl