Rodziłam na oddziale Covidowym! Cz. 2 - Wroinfo.pl

Rodziłam na oddziale Covidowym! Cz. 2

"Zostałam szczęśliwą mamą! Mam cudownego syna." Jedna z czytelniczek portalu WroInfo.pl podzieliła się historią swojego porodu w czasie trwającej pandemii Covid-19. Zobacz część 2 listu "Rodziłam na oddziale Covidowym!".
pixabay.com

Dzień pierwszy po porodzie

Już po godzinie mogłam go przytulić. Zadziało się tak, bo w trakcie porodu podpisałam oświadczenie o samodzielnej opiece nad dzieckiem, a także oświadczenie szpitala, że nadal przysługuje mi pomoc w opiece nad dzieckiem. Nie czuję nóg, ale przepełnia mnie szczęście, bo mogę być blisko z małą istotą. W tę sielankę zaczęła wkradać się rzeczywistość. Pierwszej nocy opiekowała się mną cudowna Pani doktor i położna- anioł. Co godzinę zaglądały do mnie i sprawdzały jak się czuję. Czułam się prawdziwie zaopiekowana i wiedziałam, że mogę poprosić je w każdej chwili o pomoc. Kiedy pojawiały się jakieś wątpliwości związane z moim maleństwem, przychodziły i pomagały mi w opiece, co było szczególnie ważne, ze względu na to, że nie byłam w stanie ruszyć się z miejsca. Nie czułam swojego ciała od pasa w dół, gdyż nadal działało znieczulenie. Ubrały go, przewijały, podawały mi do karmienia, uspokajały. Ich pomoc była nieoceniona w tym czasie. Pierwsza nieprzespana noc za mną, ale jestem ogromnie szczęśliwa. Nad ranem, na zakończenie swojego dyżuru  przyszła Pani doktor, aby mnie spionizować, ale udało się tylko usiąść. Na koniec mnie przytuliła i życzyła powodzenia, które miało się później bardzo przydać.

Zmieniła się zmiana i wraz z nią życie szpitalne zmieniło się o 180 stopni. Nikt do mnie nie zaglądał. Własnymi siłami udało mi się wstać i wykąpać, choć w takich przypadkach powinna być ze mną druga osoba i sprawdzać czy chociażby nie zemdlałam. Po jakimś czasie pojawiła się nowa położna, ale nie żeby mi pomóc, tylko żeby wyładować na mnie swoje frustracje. Zabrała moje rzeczy i kazała mi przenieść się do innej sali. Na szczęście laktacja idzie świetnie, tylko brzuch bardzo boli. Pomimo ogromnego bólu nikt nie chciał mi podać dziecka do karmienia i praktycznie ze wszystkim zostałam sama… Najważniejsze jest tu chodzenie w maseczce, reszta schodzi na dalszy plan. Ba! Nawet spać każą mi w maseczce…

Dzień drugi po porodzie

Ta noc była niestety dużo trudniejsza. Dziecko często budziło się i płakało, a ja przez mój ból brzucha nie dawałam rady wstawać za każdym razem kiedy była taka potrzeba. Podczas jednej z nocnych wizyt, gdy dziecko bardzo płakało i nie chciało się uspokoić, Pani doktor dała mu smoczek, co uspokoiło maluszka i pozwoliło mu zasnąć. Nie spodobało się to jednak położnej, która przyszła rano i zabrała dziecku smoczek, wywołując znowu falę płaczu.

Jest rano. Ból brzucha narasta, zaczynają się problemy z laktacją, pomimo wielokrotnych próśb od kilku godzin nie mogę doczekać się leków przeciwbólowych. Zaczepiam już niemal każdą przechodzącą obok sali osobę. Po 4 godzinach wreszcie trafiłam na położną, która mi pomogła i przyniosła od razu lekarstwa na cały dzień. To samo ze zmianą opatrunku- po zdjęciu wczorajszego, od kilku godzin zbywa mnie każdy lekarz, a ja boję się wstawać i podnosić dziecko, żeby nie pękły mi szwy. Poprosiłam męża o przywiezienie laktatora. Mąż przywiózł mi go w południe, ale do mojej sali trafił on dopiero wieczorem. Mimo wielokrotnych obietnic pomocy w nauce obsługi laktatora, nikt nie pokazał mi jak z niego korzystać. W tym czasie powinnam karmić dziecko mlekiem modyfikowanym. Niestety dostałam porcję tylko na rano i pomimo ciągłego upominania się o kolejne porcje, nikt nie reaguje. Dziecko nie chce jeść, w związku z czym dostaję informację od lekarza, że waga jest niewłaściwa aby następnego dnia wyjść ze szpitala, a ja już bardzo chcę do domu. Chcę wyrwać się z tego piekła! Jedyne co mi pozostaje, to zadzwonić do męża i płakać mu w słuchawkę. Słysząc mój płacz, przychodzi położna, która dowiaduje się o moich problemach, po czym słyszę, że nie jestem jedyną pacjentką na oddziale i mam sobie radzić sama.

Dzień trzeci po porodzie

Jest szansa na wyjście! Dziecko uspokoiło się i zaczyna jeść, wszystkie wyniki badań też są w normie. Cudowna wiadomość! Jednak do wyjścia potrzebuję fotelika. Znowu telefon do męża i natychmiastowa reakcja. Już o 10.00 mam fotelik, tylko, że na portierni, a wiadomo, że na dotarcie do sali potrzeba trochę czasu…. Ale jeszcze wypis, badania kontrolne, więc przez tych kilka godzin powinien jakoś dotrzeć. W międzyczasie przychodzi położna, która prosi mnie o odciągnięcie miarki mojego pokarmu do badań na przeciwciała znajdujące się w mleku osób zakażonych Covid-19. Zgadzam się, ale pod warunkiem pomocy w obsłudze mojego laktatora. Oddałam pokarm na badania i dzięki temu wiem jak używać sprzęt do odciągania pokarmu. Uff… Jednocześnie po raz kolejny upominam się o przyniesienie fotelika, oczywiście bezskutecznie. Podczas obchodu proszę o zmianę opatrunku, ale wszystko kończy się jak poprzedniego dnia. W miarę szybko, mimo wielu wychodzących w tym dniu matek, otrzymuję pierwszy wypis ze szpitala. Przy okazji proszę o zwrot dokumentów, z którymi przyjechałam do szpitala. Fotelik dalej gdzieś krąży po szpitalu. Dostaję drugi wypis. Znów upominam się o opatrunek, fotelik i dokumenty. Mimo, że jestem spakowana i gotowa do wyjścia wciąż muszę czekać… Udało się założyć opatrunek! Ale to tylko trochę przybliża mnie do wyjścia. W końcu na zmianę przychodzi nowa położna, która skutecznie załatwia problem moich papierów. Okazało się, że cały czas leżały na wierzchu , tylko nie miał kto przynieść. Fotelik dotarł!!! Okazało się, że od dawna leżał na oddziale, tylko dziwnym trafem nie mógł dotrzeć do mojej sali. Dzięki temu, że na oddziale zobaczyli, że mogę transportować maluszka, ostatecznie wychodzę o 16:00. Na szczęście do wyjścia odprowadzała mnie jedna z tych życzliwych położnych. Podziękowałam jej za pomoc i to było moje symboliczne pożegnanie z tym miejscem.

Wydawało mi się, że położna to zawód z powołania. Sama jestem nauczycielką i czuję misję w swoim zawodzie. Pobyt w szpitalu pokazał mi, że niestety większość osób, które miały się mną opiekować podczas pierwszych dni po porodzie, nie powinno się tam znajdować. W domu, mimo, że nie mam opieki medycznej nareszcie dochodzę do siebie. Dopiero cztery dni po przyjściu na świat mojego dziecka poczułam się bezpiecznie. Czuję troskliwą opiekę, dzięki czemu i dziecko jest coraz spokojniejsze…

Karolina

Piszcie do nas: redakcja@nowemedium.pl